Rozmowa z Małgorzatą Rybicką

Małgorzata i Aram Rybiccy, Sopot, 2007 (fot. ze zbiorów M. Rybickiej)

Rozmowa z Małgorzatą Rybicką

Arkadiusz Rybicki

Ślub

Poznaliśmy się z Aramem w I Liceum w Gdańsku w roku 1970, dwa miesiące przed wydarzeniami grudniowymi. To była wielka miłość, taka na całe życie…

W 1976 roku, jeszcze w czasie studiów, wzięliśmy ślub i zaczęliśmy być razem. Aż do śmierci rzeczywiście. Pamiętam, że ślub był wielkim wydarzeniem dla całego środowiska ówczesnej opozycji gdańskiej. Przyjechało też dużo ludzi z całej Polski. Ślub odbywał się w kościele św. Mikołaja w Gdańsku i udzielał go o. Ludwik Wiśniewski, nasz duszpasterz i wychowawca, który przyjechał z Lublina, o. Bronisław Sroka, u którego odbywały się spotkania samokształceniowe naszego środowiska, i o. Bolesław Rafiński, dominikanin. Zdjęcia nam robił Bogdan Borusewicz, który przed ukończeniem historii uczył się w liceum plastycznym, ale kompletnie się nie udały. Nie mamy zdjęć ze ślubu. Cały czas ktoś biegał z aparatem, więc zastanawialiśmy się, kto z rodziny wynajął fotografa. Potem okazało się, że to bezpieka. Ale w aktach, w naszych teczkach w IPN, nie znaleźliśmy żadnych fotografii.

Rewizja

Od 1977 roku nasze środowisko zaczęło wydawać pismo „Bratniak”. Bardzo często w naszych mieszkaniach odbywały się rewizje i często byliśmy śledzeni, z naszej dwójki głównie Aram. Pierwsza rewizja była 5 grudnia 1977 roku, kiedy akurat w naszym mieszkaniu był powielacz spirytusowy i był drukowany „Bratniak”. Wtedy posiadanie powielacza było całkowicie nielegalne. To było w małym czterdziestometrowym mieszkanku; w jednym pokoju, ja ze świeżo urodzoną Magdą u piersi, w drugim pokoju Aram i Andrzej Jarmakowski zajęci powielaniem, w szafkach pełno paczek z gotowymi już „Bratniakami” i „Opiniami”, a tu słychać dzwonek do drzwi. Na moje pytanie: kto tam? ktoś odpowiada: administracja. Po chwili wahania otworzyłam. Nie pamiętam proporcji mundurowych i tajniaków w cywilu, wydaje mi się, że do mieszkania weszło sześć osób. Myśleliśmy, że idziemy siedzieć na parę lat, ale jednak nie poszliśmy. Pamiętam, że z moją koleżanką Danką Kędzierską zastanawiałyśmy się, co zrobić z kalendarzem z kontaktami – czy wrzucić do muszli klozetowej, czy też połknąć? Kolejne osoby wchodziły do tak zwanego kotła. Pamiętam, że Aram cały czas był bardzo opanowany, co jakoś też mi się udzielało. Potem pokazało się, że tego dnia rewizje przeprowadzono jeszcze u pięciu osób związanych z naszym środowiskiem.

Wybuch stanu wojennego

Festiwal „Solidarności” to był dla Arama czas absolutnego zaangażowania w związek, szczególnie w Biuro Informacji Prasowej „Solidarności”, którego był szefem. Był to czas, kiedy po raz pierwszy mieliśmy poczucie wolności. Pamiętam, że o ile przedtem prohibity były gdzieś ukrywane, to teraz nagle mieliśmy w mieszkaniu dużą bibliotekę wydawnictw drugiego obiegu i emigracyjnych, które stały na półkach. Wcześniej takie rzeczy były rekwirowane natychmiast, ale w grudniu 1981 roku mijało już półtora roku, kiedy nie było u nas w mieszkaniu żadnej rewizji. Pamiętam dobrze dzień 12 grudnia 1981 roku. Było bardzo duże napięcie, słychać było o ruchach wojsk, było wiadomo, że coś się może wydarzyć. Tego wieczoru postanowiłam uporządkować bibliotekę prohibitów. Arama nie było, bo był właśnie na Komisji Krajowej. O dwunastej w nocy usłyszałam walenie do drzwi, a ja właśnie z tą rozłożoną na podłodze biblioteką. Weszła cała ekipa i milicjantów, i tajniaków. Poinformowali, że przyszli po męża, rozsiedli się i czekali przez całą noc, do szóstej rano. Pamiętam, że miałam jakieś ulotki milicyjnej „Solidarności” i czułam się tak pewnie, że im je dałam, żeby się uświadomili. Pamiętam też, że powiedziałam im w czasie tego nocnego czekania, że kiedyś będą wisieć, choć ja jako chrześcijanka im tego nie życzę. Na to odpowiedział mi ubek o wyglądzie Casanovy: „Pani Małgorzato, wszyscy – i ja, i pani – jesteśmy pionkami historii”.

O szóstej rano razem z całą ubecko-milicyjną ekipą wysłuchałam przemówienia Jaruzelskiego uzasadniającego stan wojenny.

Pamiętam następne dni – w ogóle nie wiedziałam, co się dzieje z Aramem. Chodziłam po komendach milicji, byłam też pod Stocznią, nigdzie nie mogłam niczego się dowiedzieć. Krążyły jakieś plotki nie wiadomo skąd, że wywieźli ich na Wschód, że nie wiadomo, czy jeszcze żyją. Pamiętam, że w tamtym momencie starałam się zupełnie odciąć od emocji, bo to wszystko wydawało się zbyt straszne.

A potem Aram opowiadał o tym, jak to było z jego strony. Był na Komisji Krajowej, potem pojechał do biura MKZ, do Biura Informacji Prasowej „Solidarności”, żeby zobaczyć, co się dzieje z jego pracownikami. O dwunastej w nocy był atak na MKZ, wszystkich zabrano i wywieziono na komendę do Pruszcza, a potem w niewiadomym kierunku. Aram mówił, że zupełnie nie wiedzieli, gdzie jadą, bo w samochodzie nie było okien. Chyba Aram spisywał na kartce osoby, które w tej „suce” były, żeby ją wyrzucić w momencie, kiedy będą wychodzić z samochodu. Obawiali się chyba, że będą rozstrzelani. Była atmosfera absolutnej grozy. Kiedy trafili do obozu w Strzebielinku, pomiędzy samochodem a barakami obozu stał szpaler zomowców z psami i nie było możliwości, żeby wyrzucić tę kartkę.

Internowanie

Jeździłam do Arama do obozu internowania tak często, jak to było możliwie, również kiedy wcale nie było widzeń, licząc na to, że jednak mi się uda go zobaczyć. Często też z Magdą – naszą czteroletnią, nad wiek mądrą córeczką. Starałam się tak ją nastawić – i wydaje mi się, że to mi się udało – że teraz jest taki czas, kiedy wszyscy fajni tatusiowe są w więzieniach albo w obozach internowania, i że to jest powód do dumy, że ona ma takiego tatę. Chciałam, żeby zawsze jechała tam ładnie ubrana, jak z wizytą. Pamiętam, że w jednej z paczek od przyjaciół z Zachodu dostała opaskę ze sterczącymi czułkami. Oczywiście musiała w niej pojechać na widzenie, wprawiając strażników w osłupienie. Ale wydaje mi się, że tamten okres nie był jakąś traumą dla Magdy, że udało się nam ją wtedy ochronić, że miała poczucie dumy, a nie wstydu. Bardzo łatwo jest go wywołać – „że tatuś jest w więzieniu”. A to jest powód do dumy, że to za odwagę, za to, że tata jest kimś szczególnym.

W obozie Aram starał się zachowywać samodyscyplinę, nie chciał tracić czasu, dużo czytał, uczył się angielskiego. Był bardzo dzielny, starał się nie poddawać nastrojowi przygnębienia, który co jakiś czas ogarniał internowanych, na przykład po 22 lipca, kiedy wszyscy liczyli na amnestię. Pisał listy do wielu osób, do mnie po parę razy w tygodniu. Zostało mi po nim wiele pięknych, pełnych miłości i troski listów. Wielokrotnie pisał, żebym się o niego nie martwiła, że on niczego nie potrzebuje, natomiast żebym dbała o siebie i o Magdę. Bardzo się wtedy wspieraliśmy.

Antoni

W 1984 roku urodził się Antek, a w 1987 dowiedzieliśmy się, że jest on autystyczny. Okazało się, że w Polsce nie ma dla niego żadnej pomocy, choć wydawało się, że mamy dostęp do wszystkich specjalistów – moja matka i siostra są psychiatrami, znamy wszystkich. Nawet wtedy nie myśleliśmy, żeby wyemigrować, choć wiele osób nam to radziło. Myślę, że bardzo przydatny był wtedy nasz wieloletni trening działalności opozycyjnej. Stwierdziliśmy: jeśli nie my, to kto? I postanowiliśmy w Gdańsku zorganizować pomoc dla Antka i dzieci z takimi samymi problemami. Głównie ja się tym zajmowałam, ale Aram mnie wspierał. Dzięki jego kontaktom opozycyjnym z ludźmi z Zachodu udało nam się nawiązać kontakty z ośrodkami terapeutycznymi z Norwegii. Już po 1989 roku Aram skutecznie pomagał w przekonywaniu władz, że stworzenie specjalistycznego ośrodka dla osób z autyzmem jest konieczne. Trudno mi w tej chwili oddzielić moją działalność na rzecz osób z autyzmem od tego, co robił Aram, wiele rzeczy robiliśmy razem. W 1991 roku z naszej wspólnej inicjatywy powstało Stowarzyszenie Pomocy Osobom Autystycznym – to była jedna z pierwszych organizacji pozarządowych w Polsce, która do tej pory zajmuje się pomaganiem osobom z autyzmem. W 1992 roku, również dzięki zabiegom Arama, powstał w Gdańsku ośrodek dla dzieci i młodzieży z autyzmem. Teraz wydaje się, że to nic szczególnego, ale wtedy w ogóle nie było żadnych miejsc, w których dzieci z autyzmem mogłyby się uczyć.

Wydaje mi się, że było coś takiego szczególnego na gruncie polskim, że osoba publiczna powiedziała: jestem ojcem dziecka autystycznego i domagam się należnych mu praw. To było coś bardzo istotnego dla innych rodziców, bo w Polsce w ogóle jest kult „udanych” dzieci i ludzie raczej ukrywają takie rzeczy, często uważają je za wstydliwe. Wydaje mi się, że emocjonalnie nie było dla niego łatwe, ale się podjął bycia rzecznikiem tych osób. W 2005 roku Aram wstąpił do parlamentarnej grupy do spraw autyzmu i został jej przewodniczącym.

Piłeczka

Piłeczka była dla Arama bardzo ważna. Całe życie był zagorzałym kibicem Lechii Gdańsk. Sam też z wielkim zaangażowaniem grał w piłkę. Bardzo pilnował tego, żeby co najmniej dwa razy w tygodniu grać w piłeczkę (on właśnie mówił, że idzie „na piłeczkę”, tak najczulszymi słowy). Jego życie zakończyło się, kiedy miał 57 lat, nie był młodzieniaszkiem, ale bardzo dbał o kondycję i koledzy mówili, że gra coraz lepiej. Była to stała drużyna dojrzałych mężczyzn, którzy całe życie grali w piłkę. Część z nich to dawni opozycjoniści lub aktywni dziś politycy. Wiele jego zdjęć piłkarskich mi zostało. Jego piłki, jego koreczki, czyli buty, stroje… Ja prawdę mówiąc przez parę lat się buntowałam, że tyle czasu na to poświęca. Ale potem stwierdziłam, że to mu daje higienę psychiczną, że prowadzi bardzo stresujące i pełne napięć życie i dobrze, że ma swój czas, kiedy gra w piłkę. Wydaje mi się też, że to była forma kultywowania męskiej przyjaźni. Takie szczególne środowisko.

Historia

Aram miał bardzo dużą samodyscyplinę, był bardzo pracowity i w ogóle nie potrzebował dużo snu. I starał się czytać tak, jak czyta teksty historyk, miał taką żyłkę. W ostatnich latach bardzo się interesował tematem wysiedleń i dużo czytał na ten temat. Zawsze starał się poznać drugą stronę naszej historii, na przykład na temat wysiedleń Niemców z Polski. Zbierał całymi latami notatki do książki o Ruchu Młodej Polski i chciał, żeby to była poważna praca, która tę naszą i jego działalność sytuowałaby na tle ówczesnej historii Europy. Zebrał dużo materiałów do tej książki, ale nie zdążył jej napisać. Miał duży talent, dobre pióro, ale działalność polityczna na tyle go pochłaniała, że nie miał czasu na pisanie.

Rozmowę przeprowadziła Agnieszka Nowakowska 3 marca 2012.